Drugi po demonicznej "Grze wstępnej" obraz enfant terrible japońskiej kinematografii, Takashiego Miike, na naszych ekranach. "Nieodebrane połączenie" to kompromis między oczekiwaniami masowej widowni i wynaturzoną wyobraźnią twórcy znanego z umiłowania krwi i perwersji. Zaczyna się jak filmidło z osiedlowej wypożyczalni wideo - giną skośnookie studentki, których komórki niespodziewanie odtwarzają nagrania z przyszłości. Kiedy główna bohaterka, Yumi, dostaje pocztę głosową z własnym przedśmiertnym krzykiem, musi w ciągu 16 godzin rozwikłać zagadkę szerzącej się śmierci przez GSM. Dalej jest typowo. Gdzieś w połowie "Nieodebrane połączenie" zbacza jednak z wyjeżdżonych torów miejskiej legendy (patrz. "Krąg") i obiera kurs na niepokojącą twórczość chorego umysłu. W warstwie fabularnej dostajemy tu wprawdzie proste i przewidywalne wyjaśnienie - za telefonicznymi egzekucjami kryje się kolejne sfrustrowane widmo. Ale ponure retrospekcje dziecięcych traum Yumi i fachowe przypisy z psychologii to tylko zwodnicza strategia reżysera, który co rusz wpuszcza widza w maliny. Pełne zakrętów śledztwo prowadzi dziewczynę do toczonej przez robale i patologie rodziny niemej sierotki z torebką pełną landrynek. Kiedy jednak wydaje się, że odkryliśmy poszukiwanego trupa z telefonem, z przysłowiowej szafy wyskakują kolejne zwłoki. Na koniec tej filmowej nekrolatrii Miike raczy nas radosną piosnką o tym, że każdego czeka inne niebo. Nie wiadomo co w tej wizji działa silniej: groza czy uczucie dezorientacji, ale efekt jest mocny. I, co tu dużo mówić, zdrowo wali po głowie.
Reżyseria: Takashi Miike
Obsada: Kou Shibasaki, Kazue Fukiishi
Prod. Japonia 2003, premiera 31 marca 2003
Publ. marzec 2006 Aktivist, emisja 20.30 2010-08-06 HBO
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą HBO. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą HBO. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 5 sierpnia 2010
Narzeczony mimo woli - średni
Typowy produkt z gatunku komedii romantycznej. Kanadyjka Margaret Tate pracuje na kierowniczym stanowisku w jednym z największych i najbardziej prestiżowych wydawnictw w USA. Sukcesy w pracy zawdzięcza swojej nieugiętej postawie pracoholiczki i brakowi życia prywatnego. I jeszcze katorżniczej pracy swojego asystenta Andrew Paxtona - ambitnego młodzieńca, który codziennie przełyka własną dumę i manię wielkości swojej szefowej w nadziei na literacki debiut pod skrzydłami wydawnictwa. Tymczasem Margaret, która dotąd spijała śmietankę, grozi deportacja z powodu wygaśnięcia służbowej wizy. Surowe przepisy imigracyjne mogą pokrzyżować jej błyskotliwą karierę, chyba że szybko zdobędzie amerykańskie obywatelstwo.
Margaret nie medytuje nad problemem zbyt długo; trudne sprawy zawsze spychała na swojego pomocnika i teraz po prostu rozkazuje mu się z nią ożenić. Zrozpaczony, ale wciąż zdesperowany Andrew nie ma wyjścia. Oboje muszą jednak przekonać podejrzliwego służbistę z urzędu imigracyjnego, że ich uczucie nie jest czysto papierkowe. W tym celu udają się na weekend do rodzinnej posiadłości Andrew na Alasce, gdzie
chłopak będzie musiał zakomunikować swoim bliskim, że ta jędza, jego szefowa, wkrótce stanie się jedną z nich.
Choć to zaledwie zawiązanie akcji, nietrudno domyślić się jej finału - wszak przymiotnik "romantyczny" pełni zasadniczą funkcję w klasyfikacji gatunkowej "Narzeczonego" i całkowicie determinuje przebieg fabularnych perypetii. A te - wiadomo - muszą wieść nas przez góry i dołki, by ostatecznie usunąwszy wszelkie kłody z drogi uczuciowej głównych bohaterów pozwolić im żyć długo i szczęśliwie. W końcu mówi się, że kto się czubi, ten się lubi. I mimo iż porzekadło to nie stosuje się do większości życiowych sytuacji (włącznie z konfliktem palestyńsko-izraelskim), w bajkowych scenariuszach zastępuje psychologię.
No dobrze, ale trzeba oddać też "Narzeczonemu" honor w kilku sprawach. Owszem, jest to danie dla tych, którzy w restauracji zawsze zamawiają "to co zwykle". Ale obok przepisu ważne jest też wykonanie i sposób podania. A te akurat wypadają in plus. Bullock gra z dużym wdziękiem zarówno naburmuszoną szefową a la "Diabeł ubiera się u Prady", jak i wrażliwą kobietę po przejściach. Mimo iż nie jestem fanką urody Reynoldsa (aktora o twarzy przypominającej maskę), tych dwoje zdecydowanie sprawdza się jako ekranowa para. Jest tu też kilka innych smaczków - wielofunkcyjna rola Oscara Nuneza czy kolejne sympatyczne wcielenie seniorki Betty White, które pozwalają przetrwać chwile gatunkowej sztampy. Podsumowując: oto niezobowiązująca propozycja na długie deszczowe wieczory, których tego lata raczej nie zabraknie.
reżyseria: Anne Fletcher
obsada: Sandra Bullock, Ryan Reynolds, Mary Steenburgen, Craig T. Nelson
Prod. USA 2009, premiera 19 czerwca 2009
Publ. czerwiec 2009 Doza Kultury, emisja 18.20 2010-08-07 HBO
Margaret nie medytuje nad problemem zbyt długo; trudne sprawy zawsze spychała na swojego pomocnika i teraz po prostu rozkazuje mu się z nią ożenić. Zrozpaczony, ale wciąż zdesperowany Andrew nie ma wyjścia. Oboje muszą jednak przekonać podejrzliwego służbistę z urzędu imigracyjnego, że ich uczucie nie jest czysto papierkowe. W tym celu udają się na weekend do rodzinnej posiadłości Andrew na Alasce, gdzie
chłopak będzie musiał zakomunikować swoim bliskim, że ta jędza, jego szefowa, wkrótce stanie się jedną z nich.
Choć to zaledwie zawiązanie akcji, nietrudno domyślić się jej finału - wszak przymiotnik "romantyczny" pełni zasadniczą funkcję w klasyfikacji gatunkowej "Narzeczonego" i całkowicie determinuje przebieg fabularnych perypetii. A te - wiadomo - muszą wieść nas przez góry i dołki, by ostatecznie usunąwszy wszelkie kłody z drogi uczuciowej głównych bohaterów pozwolić im żyć długo i szczęśliwie. W końcu mówi się, że kto się czubi, ten się lubi. I mimo iż porzekadło to nie stosuje się do większości życiowych sytuacji (włącznie z konfliktem palestyńsko-izraelskim), w bajkowych scenariuszach zastępuje psychologię.
No dobrze, ale trzeba oddać też "Narzeczonemu" honor w kilku sprawach. Owszem, jest to danie dla tych, którzy w restauracji zawsze zamawiają "to co zwykle". Ale obok przepisu ważne jest też wykonanie i sposób podania. A te akurat wypadają in plus. Bullock gra z dużym wdziękiem zarówno naburmuszoną szefową a la "Diabeł ubiera się u Prady", jak i wrażliwą kobietę po przejściach. Mimo iż nie jestem fanką urody Reynoldsa (aktora o twarzy przypominającej maskę), tych dwoje zdecydowanie sprawdza się jako ekranowa para. Jest tu też kilka innych smaczków - wielofunkcyjna rola Oscara Nuneza czy kolejne sympatyczne wcielenie seniorki Betty White, które pozwalają przetrwać chwile gatunkowej sztampy. Podsumowując: oto niezobowiązująca propozycja na długie deszczowe wieczory, których tego lata raczej nie zabraknie.
reżyseria: Anne Fletcher
obsada: Sandra Bullock, Ryan Reynolds, Mary Steenburgen, Craig T. Nelson
Prod. USA 2009, premiera 19 czerwca 2009
Publ. czerwiec 2009 Doza Kultury, emisja 18.20 2010-08-07 HBO
Wątpliwość - bardzo dobry
Nagrodzona Pulitzerem sztuka przeniesiona na ekran przez samego autora, Johna Patricka Shanleya, który w głównych rolach obsadził największe talenty Hollywood.
Meryl Streep gra surową przełożoną jednej z katolickich szkół nowojorskiego Bronksu. Siostra Alojzyna z nadgorliwością gestapowca strzeże dyscypliny w klasie i refektarzu. Nie toleruje najmniejszych odstępstw od zakonnej reguły: nienawidzi długopisów za to, że zbyt łatwo się nimi pisze, świątecznych przebojów, bo promują pogańskie zwyczaje, i ojca Flynna, bo jako mężczyzna stoi wyżej od niej w hierarchii kościelnej i może bezkarnie folgować sobie i uświęconym zasadom. Tym bardziej, że charyzmatyczny młody klecha - popularny wśród swoich podopiecznych i ich rodzin - zdaje się okazywać szczególne względy nowemu uczniowi, pierwszemu Afroamerykaninowi w szkole. Kiedy siostra Alojzyna dowiaduje się, że wezwany podczas lekcji do Flynna chłopiec wrócił od niego wyraźnie pod wpływem alkoholu, wszczyna krucjatę przeciwko księdzu, którego oskarża o seksualne molestowanie dziecka.
Oskarżenie nie zostaje tu ani razu zwerbalizowane. Są lata 60. i o pewnych sprawach mówi się ściszonym głosem lub pomija je milczeniem. Shanley doskonale wygrywa archaiczny, pełen średniowiecznych mroków klimat kościelnej placówki edukacyjnej. Nie jada się tu cukru, nie pija soków, nie uśmiecha, nie przejawia emocji itd. Z drugiej strony reprezentujący Kościół z ludzką twarzą ojciec Flynn jest oskarżony o najbardziej paskudną zbrodnię, o jaką można podejrzewać kapłana. Role zostały obsadzone, tylko naiwna młoda siostra James, która pragnie wierzyć w immanentną dobroć człowieka, nie może opowiedzieć się po żadnej ze stron. Widz, który za cały materiał dowodowy dostaje garść poszlak, musi sam osądzić, czy duchowny jest winny. Dostanie szansę podejrzenia bohaterów podczas kilku imponujących starć; będzie świadkiem krzyżowego ognia pytań i gry psychologicznej na najwyższym poziomie. Na koniec jednak Shanley pozostawi nas niepewnymi i wątpiącymi bardziej niż kiedykolwiek.
Bo fabuła skonstruowana jest tu na modłę piramidy. Ustalenie prawdy odkrywa zaledwie wierzchołek problemu. "Wątpliwość" to traktat o ludzkiej naturze, który operuje na poziomie fizyki kwantowej emocji i teorii względności ludzkich motywów. Jedne i drugie bywają bowiem tak skomplikowane, że wręcz nieodgadnione.
Nic nie jest takie, jakim się wydaje - zwycięstwo bywa porażką, a mniejsze zło może się okazać katastrofą. Ofiary nie zawsze są ofiarami, kaci miewają dobre intencje, a dobre intencje niszczą ludzkie życie. To dopiero początek, pierwsza warstwa znaczeń, którą odkrywa Shanley, by pokazać, jak ważną funkcję pełni tytułowe odczucie. Oczywiście film stawia także konkretne pytania o miejsce Kościoła w wychowywaniu i krzewieniu moralności i głośno zastanawia się nad potrzebą zmian skostniałych struktur i niesprawiedliwej hierarchii. Najważniejsze są tu jednak niuanse, których nie da się wyrazić słowami. Dlatego twórcy potrzebni byli aktorzy wybitni.
A tak się składa, że trudno o tekst, który pozwalałby aktorowi na pełniejsze zaprezentowanie jego warsztatu. Meryl Streep potwierdza tą rolą niezachwianą pozycję królowej. Dla Philipa Seymoura Hoffmana to kolejna po Capote'em kreacja, która zasługuje na laury. Zresztą zapracowała na nie także reszta obsady, w skład której wchodzą Amy Adams i Viola Davis - ich drugoplanowe role dodają subtelności pierwszoplanowym kontrastom wielkich osobowości. Dawno nie widziałam tak bezbłędnego filmu!
Reżyseria: John Patrick Shanley
Obsada: Amy Adams, Philip Seymour Hoffman, Meryl Streep, Viola Davis
Prod. USA 2008, premiera grudzień 2008
Publ. grudzień 2008 Doza Kultury, emisja 14.50 2010-08-07 HBO
Meryl Streep gra surową przełożoną jednej z katolickich szkół nowojorskiego Bronksu. Siostra Alojzyna z nadgorliwością gestapowca strzeże dyscypliny w klasie i refektarzu. Nie toleruje najmniejszych odstępstw od zakonnej reguły: nienawidzi długopisów za to, że zbyt łatwo się nimi pisze, świątecznych przebojów, bo promują pogańskie zwyczaje, i ojca Flynna, bo jako mężczyzna stoi wyżej od niej w hierarchii kościelnej i może bezkarnie folgować sobie i uświęconym zasadom. Tym bardziej, że charyzmatyczny młody klecha - popularny wśród swoich podopiecznych i ich rodzin - zdaje się okazywać szczególne względy nowemu uczniowi, pierwszemu Afroamerykaninowi w szkole. Kiedy siostra Alojzyna dowiaduje się, że wezwany podczas lekcji do Flynna chłopiec wrócił od niego wyraźnie pod wpływem alkoholu, wszczyna krucjatę przeciwko księdzu, którego oskarża o seksualne molestowanie dziecka.
Oskarżenie nie zostaje tu ani razu zwerbalizowane. Są lata 60. i o pewnych sprawach mówi się ściszonym głosem lub pomija je milczeniem. Shanley doskonale wygrywa archaiczny, pełen średniowiecznych mroków klimat kościelnej placówki edukacyjnej. Nie jada się tu cukru, nie pija soków, nie uśmiecha, nie przejawia emocji itd. Z drugiej strony reprezentujący Kościół z ludzką twarzą ojciec Flynn jest oskarżony o najbardziej paskudną zbrodnię, o jaką można podejrzewać kapłana. Role zostały obsadzone, tylko naiwna młoda siostra James, która pragnie wierzyć w immanentną dobroć człowieka, nie może opowiedzieć się po żadnej ze stron. Widz, który za cały materiał dowodowy dostaje garść poszlak, musi sam osądzić, czy duchowny jest winny. Dostanie szansę podejrzenia bohaterów podczas kilku imponujących starć; będzie świadkiem krzyżowego ognia pytań i gry psychologicznej na najwyższym poziomie. Na koniec jednak Shanley pozostawi nas niepewnymi i wątpiącymi bardziej niż kiedykolwiek.
Bo fabuła skonstruowana jest tu na modłę piramidy. Ustalenie prawdy odkrywa zaledwie wierzchołek problemu. "Wątpliwość" to traktat o ludzkiej naturze, który operuje na poziomie fizyki kwantowej emocji i teorii względności ludzkich motywów. Jedne i drugie bywają bowiem tak skomplikowane, że wręcz nieodgadnione.
Nic nie jest takie, jakim się wydaje - zwycięstwo bywa porażką, a mniejsze zło może się okazać katastrofą. Ofiary nie zawsze są ofiarami, kaci miewają dobre intencje, a dobre intencje niszczą ludzkie życie. To dopiero początek, pierwsza warstwa znaczeń, którą odkrywa Shanley, by pokazać, jak ważną funkcję pełni tytułowe odczucie. Oczywiście film stawia także konkretne pytania o miejsce Kościoła w wychowywaniu i krzewieniu moralności i głośno zastanawia się nad potrzebą zmian skostniałych struktur i niesprawiedliwej hierarchii. Najważniejsze są tu jednak niuanse, których nie da się wyrazić słowami. Dlatego twórcy potrzebni byli aktorzy wybitni.
A tak się składa, że trudno o tekst, który pozwalałby aktorowi na pełniejsze zaprezentowanie jego warsztatu. Meryl Streep potwierdza tą rolą niezachwianą pozycję królowej. Dla Philipa Seymoura Hoffmana to kolejna po Capote'em kreacja, która zasługuje na laury. Zresztą zapracowała na nie także reszta obsady, w skład której wchodzą Amy Adams i Viola Davis - ich drugoplanowe role dodają subtelności pierwszoplanowym kontrastom wielkich osobowości. Dawno nie widziałam tak bezbłędnego filmu!
Reżyseria: John Patrick Shanley
Obsada: Amy Adams, Philip Seymour Hoffman, Meryl Streep, Viola Davis
Prod. USA 2008, premiera grudzień 2008
Publ. grudzień 2008 Doza Kultury, emisja 14.50 2010-08-07 HBO
Subskrybuj:
Posty (Atom)