Dramat z elementami sensacji i filmu college'owego. Z jednej strony jest to obraz z lubianego przez kinomanów nurtu "Żądła" - czyli o wszelkiego rodzaju przekrętach i szwindlach, z drugiej obyczajówka ze szczyptą romansu i tematyki społecznej. Powinno być ciekawie, ale przeważnie nie jest.
Film jest zresztą adaptacją opartego na faktach bestsellera Bena Mezricha. Rzecz dzieje się w Bostonie. Ben Campbell, student prestiżowej uczelni MIT (Massachusetts Institute of Technology), pochodzi z ubogiej rodziny i nie stać go na dalsze studia. Dlatego bierze udział w programie stypendialnym, który nie rokuje wielkich szans powodzenia, bo nie dość, że kandydatów jest wielu, to jeszcze komisja wymaga, by stypendysta zrobił na niej piorunujące wrażenie. Tymczasem Ben to nieśmiały chłopak, który wszystko zawdzięcza ślęczeniu nad książkami, przez co niestety nie wystarcza mu już czasu na zdobywanie życiowego doświadczenia. Chłopak nie chodzi na imprezy, nie umawia się z dziewczynami, nie potrafi brylować w towarzystwie, tym bardziej robić wrażenia. Jedyne, co mu wychodzi, to liczenie. Jest w tym lepszy niż przeciętny student, może nawet lepszy niż przeciętny wykładowca matematyki. A to z kolei nie uchodzi uwadze profesora Rosy, organizującego po zajęciach coś w rodzaju elitarnego kółka matematycznego, do którego Ben zostaje wkrótce zaproszony. Chłopak jest nieco zdziwiony, kiedy dowiaduje się, że jego koledzy i koleżanki po nocach spotykają się w gmachu szkoły, by liczyć karty. Tym bardziej nie podoba mu się propozycja wykładowcy, by swe możliwości intelektualne zaprząc do grabienia kasyn w Vegas. Po paru dniach dochodzi jednak do wniosku, że w sklepie z krawatami nie ma szans zarobić na naukę i decyduje się wziąć udział w przekręcie. Grupa ma opracowaną strategię gry w Black Jacka - jeden z nich jest dużym graczem, któremu reszta, poprzebierana i zakonspirowana, daje sygnały, gdy talia jest gotowa do gry. Dalej wszystko zależy od matematyki i zimnej krwi gracza. Dla Bena, który ma jedno i drugie, zaczyna się przygoda życia - drogie hotele, modne kluby, imprezy do rana i duże pieniądze - to uroki nowego życia studenta. Pracownicy kasyna - specjaliści od oszustw, to jego utrapienie. Czy chłopak zdoła wycofać się z gry na czas?
Ta historyjka, która może nie rzuca na kolana, z pewnością mogłaby przytrzymać w kinowym fotelu przez półtorej godziny seansu. I nawet z początku to czyni. Młody i utalentowany Jim Sturgess ("Across the Universe") ramię w ramię ze starym wygą Kevinem Spacey, jak to się mówi - kradną kadry. Choć w sumie nie ma komu, bo cała reszta aktorów to zupełnie inna liga. Jeszcze gorzej jest ze scenariuszem, który zwyczajnie nafaszerowano bzdurami. Na Boga, gdyby bycie szulerem było tak proste, to każdy student politechniki od dawna miałby willę z basenem. Nasi prymusi dają sobie znaki, których dyskrecja przypomina machanie flagą Tybetu na placu Tiananmen, a ich pomysły na konspirację przejrzałby policjant z drogówki, nie mówiąc o specjalistach od oszustw hazardowych. I jeszcze ta wata fabularna, która wypełnia środek filmu - wysilony romans, ukrywanie przed dawnymi kumplami - nieudacznikami - reżyseria wyraźnie kuleje. Nic dziwnego, Robert Luketic robił dotąd szalone komedie ("Legalna blondynka") i chyba nie wie, że w filmach sensacyjnych ważnym elementem jest suspens.
Całość ani nie jest wiarygodna, ani nie wciąga, a na koniec jeszcze rzuca w twarz irytującym morałem. Słowem seans na własne ryzyko, chyba, że ktoś lubi tracić pieniądze.
reż. Robert Luketic
wyk. Jim Sturgess, Kevin Spacey, Kate Bosworth
prod. USA 2008
Premiera: 6 czerwca
Publ. czerwiec 2008 Doza Kultury, emisja 15.15 2010-08-07 HBO Comedy
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą HBO Comedy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą HBO Comedy. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 5 sierpnia 2010
Opowieści na dobranoc - dno
Kino familijne firmowane przez Disneya. Dla wielu widzów to już wystarczająca antyrekomendacja. Aktorskie filmy Disneya kojarzą się z niedzielnymi seansami TV i uosabiają wszystko to, co decyduje o grzecznym czasie emisji - naiwną fabułę i plastikową jakość. Tu jednak w produkcję wmieszały się jeszcze dwa nazwiska - Adam Shankman, błyskotliwy reżyser "Lakieru do włosów" i niepoprawny politycznie komik Adam Sandler, który teoretycznie powinien zadziałać jak chili na słodko-nużącą poetykę disnejowską. Powiem tylko tyle: błysku nie widać, przyprawy nie czuć. Wytwórnia zdominowała charakter filmu, który choć wychodzi od całkiem nośnego fabularnie pomysłu, nie rozwija jego potencjału.
Skeeter Bronson to typ bohatera, który przewija się przez dziesiątki bajek - męska wersja Kopciuszka, sieroty pognębionego przez los i zdanego na niełaskę złych ludzi, dobrego pastuszka i innych szlachetnych, ale niedocenionych. W dzieciństwie ojciec opowiadał mu na dobranoc niezwykłe historie. Zbyt pochłonięty synem zaniedbał interesy i musiał oddać swój motel koledze, który obiecał, że jego latorośl będzie miała w nim zaklepaną posadę menedżera. Rodzinny motel zmienił się w wielką placówkę, ale to nie Skeeter otrzymuje berło zarządcy, ale lizus uganiający się za córką właściciela. Przegrany Skeeter, który musiał zadowolić się obowiązkami chłopca na posyłki, nie przestał jednak marzyć. Jako wrażliwy marzyciel szybko znalazł wspólny język z siostrzeńcem i siostrzenicą, nad którymi opiekę powierzyła mu na kilka dni siostra. Pierwszoklasiści Bobbi i Patrick od razu polubili bajki na dobranoc, które Skeeter snuł na motywach własnych przeżyć i gęsto przeplatał przypadkami swojej niedoli. Wkrótce zauważył, że codzienność w dziwny sposób splata się ze zmyśleniem.
Wydawałoby się, że to punkt wyjścia dla nieograniczonej wyobraźni i kreatywności. Twórcy wydają się jednak nader ograniczeni cudzymi pomysłami, które cytują. Dominuje chłopięca fantazja o kowbojach i Indianach, która miesza się z fallicznym marzeniem o czerwonym ferrari. Atak bajkowości uosabiać mają spadające z nieba gumy do żucia, a szczytem poczucia humoru ma być pastisz "Gwiezdnych wojen". Owszem, jest tu kilka uroczych gagów (wszystkie z udziałem wytrzeszczonej świnki morskiej), ale na ogół wieje nudą, która osłabia pozytywne przesłanie. Winien jest scenariusz. Oprócz i tak dość uproszczonego psychologicznie Skeetera cała reszta postaci to jednowymiarowe karykatury ludzkie. Także bieg wydarzeń jest przewidywalny, a nad wszystkim unosi się widmo rodzicielskiej cenzury i charakterystyki grupy wiekowej. Co prawda mamy tu do czynienia z kinem familijnym, nie można jednak wybaczyć twórcom spaprania dobrego pomysłu. Dziwi brak inwencji Adama Shankmana, któremu ten film może co najwyżej nabruździć w CV. Co zaś się tyczy drugiego Adama, to chyba lepiej, żeby nadal trzymał się sprośnych opowieści, w których wypada bardziej wiarygodnie.
reż. Adam Shankman
wyk. Adam Sandler, Keri Russell, Guy Pearce, Russell Brand
prod. USA 2008
Premiera: 23 stycznia
Publ. styczeń 2008 Doza Kultury, emisja 9.00 2010-08-07 HBO Comedy
Skeeter Bronson to typ bohatera, który przewija się przez dziesiątki bajek - męska wersja Kopciuszka, sieroty pognębionego przez los i zdanego na niełaskę złych ludzi, dobrego pastuszka i innych szlachetnych, ale niedocenionych. W dzieciństwie ojciec opowiadał mu na dobranoc niezwykłe historie. Zbyt pochłonięty synem zaniedbał interesy i musiał oddać swój motel koledze, który obiecał, że jego latorośl będzie miała w nim zaklepaną posadę menedżera. Rodzinny motel zmienił się w wielką placówkę, ale to nie Skeeter otrzymuje berło zarządcy, ale lizus uganiający się za córką właściciela. Przegrany Skeeter, który musiał zadowolić się obowiązkami chłopca na posyłki, nie przestał jednak marzyć. Jako wrażliwy marzyciel szybko znalazł wspólny język z siostrzeńcem i siostrzenicą, nad którymi opiekę powierzyła mu na kilka dni siostra. Pierwszoklasiści Bobbi i Patrick od razu polubili bajki na dobranoc, które Skeeter snuł na motywach własnych przeżyć i gęsto przeplatał przypadkami swojej niedoli. Wkrótce zauważył, że codzienność w dziwny sposób splata się ze zmyśleniem.
Wydawałoby się, że to punkt wyjścia dla nieograniczonej wyobraźni i kreatywności. Twórcy wydają się jednak nader ograniczeni cudzymi pomysłami, które cytują. Dominuje chłopięca fantazja o kowbojach i Indianach, która miesza się z fallicznym marzeniem o czerwonym ferrari. Atak bajkowości uosabiać mają spadające z nieba gumy do żucia, a szczytem poczucia humoru ma być pastisz "Gwiezdnych wojen". Owszem, jest tu kilka uroczych gagów (wszystkie z udziałem wytrzeszczonej świnki morskiej), ale na ogół wieje nudą, która osłabia pozytywne przesłanie. Winien jest scenariusz. Oprócz i tak dość uproszczonego psychologicznie Skeetera cała reszta postaci to jednowymiarowe karykatury ludzkie. Także bieg wydarzeń jest przewidywalny, a nad wszystkim unosi się widmo rodzicielskiej cenzury i charakterystyki grupy wiekowej. Co prawda mamy tu do czynienia z kinem familijnym, nie można jednak wybaczyć twórcom spaprania dobrego pomysłu. Dziwi brak inwencji Adama Shankmana, któremu ten film może co najwyżej nabruździć w CV. Co zaś się tyczy drugiego Adama, to chyba lepiej, żeby nadal trzymał się sprośnych opowieści, w których wypada bardziej wiarygodnie.
reż. Adam Shankman
wyk. Adam Sandler, Keri Russell, Guy Pearce, Russell Brand
prod. USA 2008
Premiera: 23 stycznia
Publ. styczeń 2008 Doza Kultury, emisja 9.00 2010-08-07 HBO Comedy
Zupełnie jak miłość - słaby
O nowym filmie Nigela Cole'a ("Joint Venture", "Dziewczyny z kalendarza") nie można powiedzieć tak wiele dobrego, co o poprzednich. Przenosiny do USA wyraźnie nie wyszły Brytyjczykowi na dobre, co zresztą z dawien dawna stanowi regułę, z której na przestrzeni lat wyłamał się chyba tylko Hitchcock. Cole zamienił pazury na tipsy, czyli wyzbył się tego, co w jego filmach było najcenniejsze - talentu do kreślenia dowcipnej satyry społecznej z udziałem oryginalnych postaci.
Po wyspiarskim humorze i doskonałych (jak zawsze u Cole’a) aktorach ani śladu. Są za to młode, wylizane buźki Amandy Peet i Ashtona Kutchera. Ci dwoje poznają się w samolocie i bez zbędnych ceregieli idą ze sobą, chciałoby się powiedzieć do łóżka, w tym wypadku jest to jednak zgoła inne miejsce. Nie wiem, czy miało to być jakieś pikantne nawiązanie do "Emanuelle", w każdym razie takie są początki bajeczki o czapli i żurawiu, czy też Harrym, który poznał Sally w samolocie. Bo po tym nader bliskim spotkaniu nasi bohaterowie zostają przez scenariusz skazani na wieloletnie oddalenie.
Są jeszcze bardzo młodzi i niedojrzali - chce nam powiedzieć Cole - nie wiedzą, o co w życiu chodzi. Dlatego ona zachowuje się jak zbuntowana punkówka, która po zaliczeniu faceta może z nim co najwyżej wypić podwójną whisky na do widzenia. Na szczęście (nieszczęście) podniebni kochankowie wymieniają się numerami, zakładając się, że 6 lat on dorobi się bajecznej fortuny. Traf chce, ze już po 2 latach znów na siebie wpadają. Spędzają razem noworoczną noc i tym razem to on się na nią wypina. I tak dalej, jeszcze kilka razy na przemian będą znikać sobie z horyzontu, by na koniec pójść po rozum do głowy.
W międzyczasie przeżyją kilka związków, których trwałość będzie krucha. W końcu wbrew amerykańskim mitom i wygórowanym ambicjom nasz bohater nie zrobi wielkiego szmalu na pieluszkowym biznesie, a bohaterka uzna, że przypadkowy seks to jednak nie to. Nie będę zdradzać zakończenia, którego już prawdę pisząc nie pamiętam - ale przecież kryształowej kuli mieć nie trzeba, żeby przewidzieć bieg akcji. W końcu - jak u Czechowa - jeśli w pierwszej scenie na ścianie wisi strzelba, to w ostatniej musi wypalić. Zasada ta w przypadku amerykańskich romansów sprawdza się niezawodnie.
Jednym słowem: jeśli gustujecie w banalnych historiach, w których chodzi o to żeby chłopczyna o charyzmie Pampersa wręczył panience pierścionek z diamentem - to zapraszam na seans. Zostaniecie profesjonalnie zabawieni do łez, choć całość nie da wam wiele do myślenia. Mnie podobne historie, jakkolwiek ładnie zrealizowane ani nie pokrzepiają, ani nie podgrzewają. Ale jak to kiedyś mawiała wróżka Grażynka w programie “Randka w ciemno” - “decyzja należy do ciebie”. Pierwsza gwiazdka za nazwisko reżysera, druga za sprawny warsztat i trzecia z szacunku do wielbicieli romansów, a całość jest na tróję.
reż. Nigel Cole
wyk. Amanda Peet, Ashton Kutcher
prod. USA 2005
Premiera: 13 maja 2005
Publ. maj 2005 Doza Kultury, emisja 18.20 2010-08-06 HBO Comedy
Po wyspiarskim humorze i doskonałych (jak zawsze u Cole’a) aktorach ani śladu. Są za to młode, wylizane buźki Amandy Peet i Ashtona Kutchera. Ci dwoje poznają się w samolocie i bez zbędnych ceregieli idą ze sobą, chciałoby się powiedzieć do łóżka, w tym wypadku jest to jednak zgoła inne miejsce. Nie wiem, czy miało to być jakieś pikantne nawiązanie do "Emanuelle", w każdym razie takie są początki bajeczki o czapli i żurawiu, czy też Harrym, który poznał Sally w samolocie. Bo po tym nader bliskim spotkaniu nasi bohaterowie zostają przez scenariusz skazani na wieloletnie oddalenie.
Są jeszcze bardzo młodzi i niedojrzali - chce nam powiedzieć Cole - nie wiedzą, o co w życiu chodzi. Dlatego ona zachowuje się jak zbuntowana punkówka, która po zaliczeniu faceta może z nim co najwyżej wypić podwójną whisky na do widzenia. Na szczęście (nieszczęście) podniebni kochankowie wymieniają się numerami, zakładając się, że 6 lat on dorobi się bajecznej fortuny. Traf chce, ze już po 2 latach znów na siebie wpadają. Spędzają razem noworoczną noc i tym razem to on się na nią wypina. I tak dalej, jeszcze kilka razy na przemian będą znikać sobie z horyzontu, by na koniec pójść po rozum do głowy.
W międzyczasie przeżyją kilka związków, których trwałość będzie krucha. W końcu wbrew amerykańskim mitom i wygórowanym ambicjom nasz bohater nie zrobi wielkiego szmalu na pieluszkowym biznesie, a bohaterka uzna, że przypadkowy seks to jednak nie to. Nie będę zdradzać zakończenia, którego już prawdę pisząc nie pamiętam - ale przecież kryształowej kuli mieć nie trzeba, żeby przewidzieć bieg akcji. W końcu - jak u Czechowa - jeśli w pierwszej scenie na ścianie wisi strzelba, to w ostatniej musi wypalić. Zasada ta w przypadku amerykańskich romansów sprawdza się niezawodnie.
Jednym słowem: jeśli gustujecie w banalnych historiach, w których chodzi o to żeby chłopczyna o charyzmie Pampersa wręczył panience pierścionek z diamentem - to zapraszam na seans. Zostaniecie profesjonalnie zabawieni do łez, choć całość nie da wam wiele do myślenia. Mnie podobne historie, jakkolwiek ładnie zrealizowane ani nie pokrzepiają, ani nie podgrzewają. Ale jak to kiedyś mawiała wróżka Grażynka w programie “Randka w ciemno” - “decyzja należy do ciebie”. Pierwsza gwiazdka za nazwisko reżysera, druga za sprawny warsztat i trzecia z szacunku do wielbicieli romansów, a całość jest na tróję.
reż. Nigel Cole
wyk. Amanda Peet, Ashton Kutcher
prod. USA 2005
Premiera: 13 maja 2005
Publ. maj 2005 Doza Kultury, emisja 18.20 2010-08-06 HBO Comedy
Subskrybuj:
Posty (Atom)