czwartek, 5 sierpnia 2010

Narzeczony mimo woli - średni

Typowy produkt z gatunku komedii romantycznej. Kanadyjka Margaret Tate pracuje na kierowniczym stanowisku w jednym z największych i najbardziej prestiżowych wydawnictw w USA. Sukcesy w pracy zawdzięcza swojej nieugiętej postawie pracoholiczki i brakowi życia prywatnego. I jeszcze katorżniczej pracy swojego asystenta Andrew Paxtona - ambitnego młodzieńca, który codziennie przełyka własną dumę i manię wielkości swojej szefowej w nadziei na literacki debiut pod skrzydłami wydawnictwa. Tymczasem Margaret, która dotąd spijała śmietankę, grozi deportacja z powodu wygaśnięcia służbowej wizy. Surowe przepisy imigracyjne mogą pokrzyżować jej błyskotliwą karierę, chyba że szybko zdobędzie amerykańskie obywatelstwo.
Margaret nie medytuje nad problemem zbyt długo; trudne sprawy zawsze spychała na swojego pomocnika i teraz po prostu rozkazuje mu się z nią ożenić. Zrozpaczony, ale wciąż zdesperowany Andrew nie ma wyjścia. Oboje muszą jednak przekonać podejrzliwego służbistę z urzędu imigracyjnego, że ich uczucie nie jest czysto papierkowe. W tym celu udają się na weekend do rodzinnej posiadłości Andrew na Alasce, gdzie
chłopak będzie musiał zakomunikować swoim bliskim, że ta jędza, jego szefowa, wkrótce stanie się jedną z nich.

Choć to zaledwie zawiązanie akcji, nietrudno domyślić się jej finału - wszak przymiotnik "romantyczny" pełni zasadniczą funkcję w klasyfikacji gatunkowej "Narzeczonego" i całkowicie determinuje przebieg fabularnych perypetii. A te - wiadomo - muszą wieść nas przez góry i dołki, by ostatecznie usunąwszy wszelkie kłody z drogi uczuciowej głównych bohaterów pozwolić im żyć długo i szczęśliwie. W końcu mówi się, że kto się czubi, ten się lubi. I mimo iż porzekadło to nie stosuje się do większości życiowych sytuacji (włącznie z konfliktem palestyńsko-izraelskim), w bajkowych scenariuszach zastępuje psychologię.

No dobrze, ale trzeba oddać też "Narzeczonemu" honor w kilku sprawach. Owszem, jest to danie dla tych, którzy w restauracji zawsze zamawiają "to co zwykle". Ale obok przepisu ważne jest też wykonanie i sposób podania. A te akurat wypadają in plus. Bullock gra z dużym wdziękiem zarówno naburmuszoną szefową a la "Diabeł ubiera się u Prady", jak i wrażliwą kobietę po przejściach. Mimo iż nie jestem fanką urody Reynoldsa (aktora o twarzy przypominającej maskę), tych dwoje zdecydowanie sprawdza się jako ekranowa para. Jest tu też kilka innych smaczków - wielofunkcyjna rola Oscara Nuneza czy kolejne sympatyczne wcielenie seniorki Betty White, które pozwalają przetrwać chwile gatunkowej sztampy. Podsumowując: oto niezobowiązująca propozycja na długie deszczowe wieczory, których tego lata raczej nie zabraknie.

reżyseria: Anne Fletcher
obsada: Sandra Bullock, Ryan Reynolds, Mary Steenburgen, Craig T. Nelson
Prod. USA 2009, premiera 19 czerwca 2009


Publ. czerwiec 2009 Doza Kultury, emisja 18.20 2010-08-07 HBO

Wątpliwość - bardzo dobry

Nagrodzona Pulitzerem sztuka przeniesiona na ekran przez samego autora, Johna Patricka Shanleya, który w głównych rolach obsadził największe talenty Hollywood.

Meryl Streep gra surową przełożoną jednej z katolickich szkół nowojorskiego Bronksu. Siostra Alojzyna z nadgorliwością gestapowca strzeże dyscypliny w klasie i refektarzu. Nie toleruje najmniejszych odstępstw od zakonnej reguły: nienawidzi długopisów za to, że zbyt łatwo się nimi pisze, świątecznych przebojów, bo promują pogańskie zwyczaje, i ojca Flynna, bo jako mężczyzna stoi wyżej od niej w hierarchii kościelnej i może bezkarnie folgować sobie i uświęconym zasadom. Tym bardziej, że charyzmatyczny młody klecha - popularny wśród swoich podopiecznych i ich rodzin - zdaje się okazywać szczególne względy nowemu uczniowi, pierwszemu Afroamerykaninowi w szkole. Kiedy siostra Alojzyna dowiaduje się, że wezwany podczas lekcji do Flynna chłopiec wrócił od niego wyraźnie pod wpływem alkoholu, wszczyna krucjatę przeciwko księdzu, którego oskarża o seksualne molestowanie dziecka.

Oskarżenie nie zostaje tu ani razu zwerbalizowane. Są lata 60. i o pewnych sprawach mówi się ściszonym głosem lub pomija je milczeniem. Shanley doskonale wygrywa archaiczny, pełen średniowiecznych mroków klimat kościelnej placówki edukacyjnej. Nie jada się tu cukru, nie pija soków, nie uśmiecha, nie przejawia emocji itd. Z drugiej strony reprezentujący Kościół z ludzką twarzą ojciec Flynn jest oskarżony o najbardziej paskudną zbrodnię, o jaką można podejrzewać kapłana. Role zostały obsadzone, tylko naiwna młoda siostra James, która pragnie wierzyć w immanentną dobroć człowieka, nie może opowiedzieć się po żadnej ze stron. Widz, który za cały materiał dowodowy dostaje garść poszlak, musi sam osądzić, czy duchowny jest winny. Dostanie szansę podejrzenia bohaterów podczas kilku imponujących starć; będzie świadkiem krzyżowego ognia pytań i gry psychologicznej na najwyższym poziomie. Na koniec jednak Shanley pozostawi nas niepewnymi i wątpiącymi bardziej niż kiedykolwiek.

Bo fabuła skonstruowana jest tu na modłę piramidy. Ustalenie prawdy odkrywa zaledwie wierzchołek problemu. "Wątpliwość" to traktat o ludzkiej naturze, który operuje na poziomie fizyki kwantowej emocji i teorii względności ludzkich motywów. Jedne i drugie bywają bowiem tak skomplikowane, że wręcz nieodgadnione.

Nic nie jest takie, jakim się wydaje - zwycięstwo bywa porażką, a mniejsze zło może się okazać katastrofą. Ofiary nie zawsze są ofiarami, kaci miewają dobre intencje, a dobre intencje niszczą ludzkie życie. To dopiero początek, pierwsza warstwa znaczeń, którą odkrywa Shanley, by pokazać, jak ważną funkcję pełni tytułowe odczucie. Oczywiście film stawia także konkretne pytania o miejsce Kościoła w wychowywaniu i krzewieniu moralności i głośno zastanawia się nad potrzebą zmian skostniałych struktur i niesprawiedliwej hierarchii. Najważniejsze są tu jednak niuanse, których nie da się wyrazić słowami. Dlatego twórcy potrzebni byli aktorzy wybitni.

A tak się składa, że trudno o tekst, który pozwalałby aktorowi na pełniejsze zaprezentowanie jego warsztatu. Meryl Streep potwierdza tą rolą niezachwianą pozycję królowej. Dla Philipa Seymoura Hoffmana to kolejna po Capote'em kreacja, która zasługuje na laury. Zresztą zapracowała na nie także reszta obsady, w skład której wchodzą Amy Adams i Viola Davis - ich drugoplanowe role dodają subtelności pierwszoplanowym kontrastom wielkich osobowości. Dawno nie widziałam tak bezbłędnego filmu!

Reżyseria: John Patrick Shanley
Obsada: Amy Adams, Philip Seymour Hoffman, Meryl Streep, Viola Davis
Prod. USA 2008, premiera grudzień 2008


Publ. grudzień 2008 Doza Kultury, emisja 14.50 2010-08-07 HBO

33 sceny z życia - dobry

O rodzinie, dojrzewaniu i śmierci - ten zestaw tematów masowego widza z pewnością nie zachęci. Ale i nie pod masowe gusta skrojony jest najnowszy film Małgorzaty Szumowskiej. To intymna historia, w której odbijają się echa traumatycznych przeżyć reżyserki. I pewnie właśnie dlatego - jakkolwiek autorka stanowczo podkreśla, że nie jest to film o śmierci jej rodziców - "33 sceny z życia" są najmniej wydumanym i najbardziej poruszającym obrazem w jej dorobku.

Julia właśnie weszła w wiek chrystusowy. Na początku nic nie zwiastuje przełomu, jaki ma się w tym roku dokonać w jej życiu. Dziewczyna pracuje nad projektem, który zamierza zgłosić do udziału w weneckim biennale. Wyjeżdża na kilka dni do leśnej daczy, gdzie spędza czas z rodziną. Z tournee przyjeżdża jej mąż, wzięty kompozytor, z którym znają się niemal od dziecka. Matka Julii jest pisarką, ojciec dokumentalistą. Wszyscy, włączając w to satelitów rodziny (niedoszłego księdza, który towarzyszy siostrze Julii, i jej przyjaciela Adriana) ucztują tu beztrosko i celebrują wspólnotowe rytuały, które wkrótce przekreśli tragedia. W dniu, kiedy zdycha ukochany pies rodziny, Barbara, matka Julii, zaczyna czuć się źle. Wkrótce lekarze diagnozują u niej nowotwór złośliwy, nie dając jej szans na przeżycie. Rodzina, która przed chwilą tak harmonijnie ze sobą współdziałała, zostaje wystawiona na ciężką próbę.

W hollywoodzkim filmie dostalibyśmy w tym miejscu umoralniający wykład na temat siły więzi międzyludzkich, usłyszelibyśmy, że miłość potrafi działać cuda, jeśli tylko w nie wierzymy i trzymamy się razem. Szumowska zamiast pokrzepiających banałów serwuje nam kawał wstrząsająco uczciwej spowiedzi. Julia - alter ego reżyserki - to osoba słaba, być może nawet egoistyczna, a już na pewno zupełnie nieprzygotowana na cios, jakim jest choroba matki. Jednocześnie jednak jest to także bohaterka rozbrajająco ludzka. Jej zachowanie - nie zawsze stosowne wobec powagi odchodzenia bliskiej osoby - uzmysławia, jak trudny i długotrwały bywa proces godzenia się i integrowania w swojej psychice poczucia straty.

Kontakt z komercyjnym kinem, literaturą oraz uteatralizowaną przez media rzeczywistością zaszczepił w wielu z nas fałszywe oczekiwania wobec nas samych, naszego stanu duchowego, psychicznego i reakcji na kryzysy życiowe. Szumowska odkłamuje te przekazy - przedstawiona przez nią śmierć jest codzienna i nie towarzyszą jej dzwony kościelne, ani nie wykorzystuje w jej obrazowaniu zdjęć w zwolnionym tempie. Ludzie wokół umierającej nie walą głową w ścianę ani nie rwą szat. Wszystko to, co tak bardzo oburzyło konserwatywnych krytyków w tym filmie (sceny pijackiej biby podczas stypy, niepoczytalnego zachowania bohaterki, jej romansu), można by tu podsumować dwoma słowami: autentyzm emocji. Bywa, że kiedy powinniśmy płakać, wybuchamy śmiechem, że na tragedię reagujemy w dziwaczny i zaskakujący sposób, że śmierć bliskich wyzwala zamiast żalu wyzwala w nas hedonistyczny trans. Ludzie silni i dojrzali być może nie potrzebują mechanizmów obronnych, ale dla większości z nas - niedoskonałych i niedojrzałych - śmierć ukochanych to ból, który domaga się za wszelką cenę uśmierzenia. I to znieczulanie się, jakkolwiek brzydko wyglądające z zewnątrz, jest skrajnie ludzkim impulsem.

Odwaga, z jaką Szumowska nam o tym opowiada, mimo wszystko w dużej mierze opowiadając o sobie, jest największą wartością tego filmu.

Film, finansowany częściowo z niemieckich pieniędzy, jest sprawnie zrealizowany. Narracja złożona z oddzielonych wyraźnie czarną sklejką zbiorów scen układa się w wartki strumień przeżyć bohaterów. Trochę przeszkadza tu niekiedy polski dubbing niemieckich aktorów, choć z drugiej strony samej kreacji Julii Jentsch nie można niczego zarzucić.

Jasne jest, że Małgorzata Szumowska nakręciła film autoterapeutyczny, który w tym wypadku może też okazać się leczniczy dla wszystkich, którzy mają na swoim koncie doświadczenie straty.

Dlatego chyba faktycznie należy żałować, że "33 sceny" nie doczekały się głównej nagrody w Gdyni. Bo choć "Mała Moskwa" to bardzo przyzwoite kino, pozostaje tylko melodramatem, podczas gdy obraz Szumowskiej zdaje się czymś więcej.






reż. Małgorzata Szumowska
wyk. Julia Jentsch, Andrzej Hudziak, Małgorzata Hajewska-Krzysztofik, Peter Gantzler
prod. Niemcy/Polska 2008
Premiera: 7 listopada


Publ. list. 2008 Doza Kultury, emisja 20.00, 2010-08-06 Canal+

Marley i ja - słaby

Komedia familijna z czworonogiem w roli głównej. Tytułowy biszkoptowy labrador Marley to motor napędowy fabuły filmu, w której hollywoodzkie gwiazdy odgrywają zdecydowanie drugorzędne role.

Kiedy para dziennikarzy John i Jenny Grogan przeprowadza się z mroźnej północy na Florydę, w ich życie wkracza powaga towarzysząca planowaniu potomstwa. By nieco odsunąć moment prokreacji czasie, John za namową kumpla kupuje żonie szczeniaka - Marleya właśnie. Ten manewr daje mu sporo wolności. Marley - nazwany tak z powodu swojej szczególnej reakcji na twórczość słynnego muzyka reggae - to stworzenie tyleż pocieszne i rozczulające, co bardzo kłopotliwe. Pies cierpi na ADHD i jest nie do okiełznania, na czym zarówno swoboda partnerów, jak i ich mieszkanie bynajmniej nie skorzystają. Nikt nie chce się podjąć szkolenia ani opieki nad pupilem Groganów. Mimo to oni sami ani myślą o pozbyciu się zwierzaka. Mało tego, wkrótce staną przed znacznie trudniejszym wyzwaniem, bo co się odwlekło, bynajmniej nie uciekło.

Marley to trudne do sklasyfikowania kino gatunków. Jak na komedię romantyczną za mało tu napięcia erotycznego między partnerami, poza tym akcja rozpoczyna się w momencie, w którym większość romansów się kończy, czyli w chwili związkowej stabilizacji. Jak na film rodzinny z kolei Marley zbyt obsesyjnie kręci się wokół skrzypiących łóżek i płodnych dni. Zadziwiające, ale zdaje się, że produkcja jest skierowana do miotających się w niepewności egzystencjalnej dzisiejszych trzydziestolatków, wiecznych dzieci, które boją się dorosłości i wszystkiego tego, co jej towarzyszy: pieluch i wrzasku niszczącej wszystko raczkująco-czołgającej się ferajny, czyli nieubłaganego końca beztroski.

Marley i ja to rodzaj prorodzinnej propagandy ukierunkowanej na zmianę obronnej postawy facetów - bo to przecież oni częściej drżą przed "tymi" rzeczami. Małżeństwo to więzienie, a dzieci to droga krzyżowa - powtarzają sobie panowie podczas męskich spotkań. Twórcy filmu chcą ich przekonać, że choć i owszem, ścieżka rodzica rozkrzyczanego stadka nie jest usłana różami, to nagroda za te trudy jest niepomiernie cenniejsza niż jałowe uciechy kawalerskiego życia. Świetnie ilustruje to scena, w której John spotyka się ze swoim dawnym kumplem. Ten zrobił zawrotną karierę, ale jego życie prywatne przypomina pusty i pełen monotonnych rytuałów kierat rodem z "Dnia Świstaka", w którym bohater musiał zaczynać codziennie od kompletnego zera w relacjach z innymi.

Ale to nie gatunkowe niezdecydowanie czy prokreacyjne przesłanie filmu stanowi problem. Nie można się też przyczepić do aktorów (choć Wilson jest momentami z lekka odrętwiały). Chodzi o typowy dla amerykańskich produkcji dydaktyzm. Twórcy nie sugerują, tylko prawią kazania, nie pozwalają zgadywać i samodzielnie wyciągać wniosków, tylko uprawiają łopatologię. Sam scenariusz jest po prostu mdły i paradoksalnie pozbawiony pazura. (David Frankel miewał zdecydowanie więcej ikry jako reżyser w czasach, kiedy zajmował się serialem "Seks w wielkim mieście"). Tytułowego Marleya dałoby się utemperować kilkoma prostymi trikami. Kłopot w tym, że właściciele są zbyt grzeczni. To, że przez lata John i Jenny mają dosłownie jedną kłótnię, jest słodkie, ale mało życiowe. Jak na film dla dorosłych wypada to dość infantylnie. Nie sądzę, by te fabularne flaki z olejem mogły zainteresować męskich widzów. Co zaś się tyczy kobiet, to z pewnością wkurzy je fakt, że filmowy mąż w niczym nie przypomina typowego trzydziestolatka z kraju Leszka i Mieszka. John jest cierpliwy, partnerski i gotowy do poświęceń. Pewnie nawet za Oceanem ze świecą takiego szukać. Konkluzja: całą historyjkę niestety należy włożyć między bajki i zapomnieć.


reż. David Frankel
wyk. Owen Wilson, Jennifer Aniston
prod. USA 2008
Premiera: 20 marca


Publ. marzec 2009 Doza Kultury, emisja 20.00 2010-08-06, Canal +

Rocker - średnie

Hollywoodzka komedia reżysera brytyjskiego przeboju "Goło i wesoło", która z grubsza powiela fabułę "Szkoły rocka". Robert „Fish” Fishman - perkusista, który przestał się liczyć w branży w zamierzchłych latach 80., kiedy to wyleciał z popularnego zespołu hardrockowego Vesuvius, załapuje się do grupy swojego małoletniego siostrzeńca.

Początki kariery A.D.D są katastrofalne. Dzieciaki dostają szlaban domowy i mogą odbywać próby tylko dzięki dobrodziejstwom Internetu. Pewnego dnia siostra jednego z chłopców transmituje do YouTube próbę, podczas której zlany potem perkusista, korzystając z pozornej prywatności, występuje w stroju Adama. Film z trójką licealistów i gołym czterdziestolatkiem na garach odnosi sukces na miarę Jożina z bagien. Pojawia się jednak pytanie, czy kiedy do gry wkroczą wielkie wytwórnie, w zespole nadal będzie miejsce dla podstarzałego, brzuchatego i wiecznie spoconego rockmana?

Rocker to komedia skierowana do młodocianych widzów, którzy będą zaskoczeni dowiadując się, że showbiznes nie rządzi się zasadami fair play i stoi obłudą menadżerów. Cattaneo, który niedawno tak oryginalnie i bezpretensjonalnie opowiadał o desperacji bezrobotnych Szkotów, skroił swój kolejny film na miarę wrażliwości przeciętnego licealisty, któremu w głowie dźwięczy papka z radia i etos muzyki emo.

Starsi i bardziej wyrobieni widzowie mogą docenić pewne elementy fabuły, ale raczej nie kupią naiwnej historyjki o drugiej szansie zwieńczonej happy endem. I choć ucieszą ich niektóre gagi Rainna Wilsona oraz subtelne nawiązania popkulturowe, to będą musieli z przykrością stwierdzić, że "Rockerowi" daleko do "Oto Spinal Tab" i innych stymulujących intelektualnie paszkwili na rocka lat 80.


Publ. grudzień 2008 Makbet.pl, emisja 8.45 08.08.2010 Canal+

12 rund - słaby

Thriller sensacyjny w starym stylu. FBI ściga międzynarodowego terrorystę, Milesa. Obława - kosztowna i misternie zaplanowana - w pewnym momencie bierze jednak w łeb i drań omal nie wymyka się stróżom prawa z walizką diamentów. Omal, bo na jego drodze przypadkiem staje gorliwy policjant drogówki, Danny Fisher. Chcąc zatrzymać uciekiniera doprowadza do wypadku samochodowego, w którym ginie partnerka przestępcy. Po roku terrorysta ucieka z więzienia z zamiarem dokonania zemsty na poczciwinie Dannym. Przygotowuje dla niego cholernie niesympatyczną grę, w której stawką ma być tym razem życie wybranki serca Fishera.



Miles gra nie fair: każde kolejne zadanie wydaje się niewykonalne. To z góry przegrana walka z czasem i arsenałem wybuchowym zdolnym roznieść w pył połowę Nowego Orleanu. I gdyby nie to malownicze miejskie tło, jeszcze niedawno pustoszone przez Katrine - o czym wspomina się w filmie kilkukrotnie, nie byłoby tu zbyt wiele do kontemplowania. Film jest skrajnie odtwórczy. Scenariusz pisany przez debiutanta i wyraźnie pod dyktando reszty ekipy został oparty na motywach kilku kasowych hitów. Najbardziej oczywista inspiracja to trzecia część Szklanej Pułapki, z której fabuła 12 rund czerpie wiadrami. Ciekawostką jest fakt, że Harlin był reżyserem “dwójki”, w sposób oczywisty monitorował zatem kolejne sequele i najwyraźniej nie mógł później wyrzucić cudzych pomysłów z głowy. Sekwencja z rozpędzonym tramwajem jest z kolei jednym wielkim zapożyczeniem ze Speedu. I tu znów niespodzianka: jeden z producentów 12 rund pojawia się także na liście płac Speed 2. Pewnie gdyby pogrzebać głębiej wyszłoby na jaw, że John Cena naprawdę ma brata w straży pożarnej.



Wszystko wydaje się tu skądś ściągnięte i sklecone byle jak, po linii najmniejszego oporu, z samych klisz. Na domiar złego film wykorzystuje obficie ujęcia z ręki, które są męczą wzrok i zamiast podnosić ciśnienie, obniżają je. Jeżeli dorzucić do tego drewniane aktorstwo większości obsady, z zapaśnikiem Johnem Ceną na czele, to znów nam wychodzi, że grupa docelowa dla tego filmu plasuje się gdzieś między dresiarskim półświatkiem (bo tylko widz bez kompetencji popkulturowych może zignorować wtórność fabuły), absolwentami szkoły saperskiej (bo mogą go potraktować jako materiał szkoleniowy) i wreszcie - przez sympatię do Ceny - miłośnikami zapasów. Wielbicielom dobrej, komercyjnej rozrywki polecam seans DVD z wyżej wymienionymi filmami. Będzie taniej i sensowniej.


Reż: Renny Harlin
Obsada: John Cena, Ashley Scott, John Cenatiempo, Brian J. White
Prod. USA 2009, premiera 12 czerwca



Dorota Smela listopad 208, Doza Kultury, emisja 20.00, 07.08,2010 Canal+

To nie tak jak myślisz, kotku - średnie

Polska komedia pomyłek z doborową obsadą. Rzecz o dziwacznej figurze damsko-męskiej, w ramach której trzy pary wikłają się wzajemnie w sieć intryg i zdrad. Szanowany neurochirurg pod pozorem sympozjum naukowego serwuje sobie weekend z kochanką w Sopocie. W tym czasie jego znudzona żona, Maria, nie zamierzając się bynajmniej samotnie umartwiać, także postanawia oddać się zdradzie i wraz ze swoim młodym utrzymankiem melduje się w tym samym hotelu. Nie wiedząc, co robić, neurochirurg zrzuca odpowiedzialność za utajnienie swojego romansu na niezbyt lotnego asystenta Jakuba Bazyla, który to samo zadanie otrzymuje od żony pracodawcy. Pech chce, że on także ma tu do załatwienia pewną osobistą sprawę. Nie ma wyboru - musi udawać kogoś, kim nie jest, przez co także pozostali uczestnicy spisku zmuszeni są zamienić się personaliami, a to powoduje swoisty efekt domino. Pomyłki co do osoby przeplatają się z pomyłkami co do neseserów, telefonów i orientacji seksualnych, co kończy się pomieszaniem z poplątaniem.

To nie tak jak myślisz, kotku ogląda się z umiarkowaną przyjemnością.
Obsada jest wprawdzie znakomita - Figura, Kot i Frycz to aktorzy o niezłym warsztacie i sprawdzeni w repertuarze komediowym, Jacek Borusiński - gwiazdor kabaretu Mumio - wnosi z kolei do filmu własną, wypracowaną starannie ekspresję, stając się tu ogniskiem dowcipu. Ale pomimo wysiłku wykonawców i efektownych wolt scenariuszowych obraz Kryńskiego jest przykładem sztucznego, nie mającego nic wspólnego z kinem, tworu. Jego komedii dramatycznie brakuje spontaniczności i łączności z życiem. Kręcona jak telenowela - w trzech pokojach i na balkonie - ma wyraźnie teatralny charakter. Nie tylko zresztą za sprawą jedności czasu, miejsca i akcji. Sam tekst jest wręcz stworzony dla teatralnych desek - to przecież koncert aktorskich osobowości z użyciem rekwizytów. Nie ma tu miejsca na wyrażone milczeniem emocje ani na żywioł miasta czy reżyserię tła - wyraźnie ograniczony budżet przykroił całość do rozmiarów próby generalnej. Brak tu nie tylko plenerów, ale w ogóle zewnętrznej rzeczywistości. Irytuje telewizyjna kamera i montaż.

Polskie kino, które obchodzi właśnie swoje stulecie, zaczęło się od komedii i długo dzięki nim istniało. Mieliśmy wspaniałe musicale komediowe z Eugeniuszem Bodą i Adolfem Dymszą w międzywojniu, a w czasach PRL-u komedie polityczno-obyczajowe: Bareję, Piwowskiego, Machulskiego. Dzisiaj gatunek przeżywa kryzys. Od czasów przełomu ustrojowego właściwie tylko bezmyślnie kopiuje amerykańskie wzorce, nie ma nic do powiedzenia i pokazuje fałszywą, odrealnioną rzeczywistość.

"To nie tak jak myślisz, kotku" na poziomie sposobu opowiadania jest powrotem do dawnych tradycji, żeby nie powiedzieć, że jest po prostu wtórnym i dość pustym widowiskiem. Do tego pozbawionym filmowości i rozmachu inscenizacyjnego. Gdyby była to recenzja sztuki wystawianej w teatrze, nie czepiałabym się. Niestety w kinie film Kryńskiego wypada jak foka na lądzie - trochę śmiesznie, ale bardziej pokracznie.


Dorota Smela z Dozy Kultury, emisja 14.30, 6.08.2010 Canal+